ridemore.bike
24 lip
Nie wszystko trzeba planować z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Czasami najlepsze przygody rodzą się spontanicznie. Tak właśnie było z tegoroczną wyprawą Bieszczadzkim Szlakiem. Jeszcze kilka dni wcześniej zastanawialiśmy się, czy uda się zebrać choć kilku chętnych. Ostatecznie na starcie pojawiła się naprawdę świetna ekipa złożona z miłośników graveli, MTB i rowerów elektrycznych.
Przyjechaliście z Krakowa, Mielca oraz okolic Krosna, pokazując, że wspólna pasja do jazdy po szutrach potrafi połączyć ludzi z różnych zakątków Polski. Na uczestników czekaliśmy jeszcze przed startem, bo chcieliśmy ruszyć jako jedna grupa. Później na każdym większym podjeździe i skrzyżowaniu czekaliśmy na siebie, pilnując, aby nikt nie został sam na trasie.
Nie trzeba było długo czekać, aby Bieszczady pokazały swój charakter. Już pierwszy większy podjazd szybko zweryfikował zarówno nogi, jak i... właścicieli rowerów elektrycznych. 😄 Manuale musiały solidnie popracować, ale nikt nie narzekał. W końcu właśnie dla takich podjazdów, zjazdów i widoków przyjechaliśmy.
Pogoda też chciała dołożyć swoją cegiełkę. Choć przez większość dnia pogoda dopisywała, nie obyło się bez solidnej, bieszczadzkiej ulewy. Na szczęście w pobliżu była wiata (użyczone przez właścicieli domu), pod którą przeczekaliśmy deszcz. Kilkanaście minut odpoczynku pozwoliło złapać oddech przed dalszą jazdą. Po ulewie szutry zamieniły się miejscami w błotniste odcinki. Rowery dostały porządnie w kość, a uczestnicy mogli przekonać się, że Bieszczady potrafią być wymagające nawet latem.
Pierwotnie planowaliśmy przejechać około 80 kilometrów. Warunki na trasie, błoto oraz wymagające podjazdy sprawiły jednak, że zdecydowaliśmy się odpuścić fragment prowadzący przez Sine Wiry. Dzięki temu cała grupa mogła bezpiecznie ukończyć przejazd. Co ciekawe, nawet rowery elektryczne dojechały do mety z bateriami pokazującymi zaledwie 4% energii. Wygląda więc na to, że Bieszczady potrafią zmęczyć każdego – niezależnie od rodzaju napędu.
Na trasie nie brakowało charakterystycznych bieszczadzkich akcentów. Były piękne panoramy, ślady niedźwiedzi i strome podjazdy, które szczególnie dały się we znaki osobom jadącym na klasycznych rowerach.
Szczególne słowa uznania należą się ekipie z Krakowa. Chłopaki jechali swoim tempem, a my co jakiś czas sprawdzaliśmy, czy już dojeżdżają... i czy przypadkiem niedźwiedzie nie postanowiły ich zatrzymać po drodze. 😉
Determinacji jednak im nie zabrakło. Dojechali do końca i za to należą im się ogromne brawa. Przez około 6 godzin wspólnej jazdy, mimo trudnych warunków, obyło się praktycznie bez problemów technicznych.
Bilans? Tylko jedna przebita dętka.
Jak na bieszczadzkie szutry i błoto – to naprawdę świetny wynik.
Dziękujemy!